Check Our FeedVisit Us On FacebookVisit Us On Google PlusVisit Us On Twitter

Jak to jest z tymi kiełkami

Opublikowano: 19-01-2013, Kategoria: Porady, Komentarze: 1
Tagi: , , , , , ,
Share Button

Od tygodnia zabierałam się za hodowlę kiełków. Wreszcie dziś udało mi się zmobilizować.

Dlaczego w ogóle warto jeść kiełki? Przede wszystkim ze względu na enzymy, które wytwarzane są w procesie kiełkowania

z materiału zapasowego. Materiał ten z kolei to wszystko to, co widzimy, patrząc na ziarno lub nasiona. Sam zarodek jest głeboko ukryty i malutki.

Młode kiełki są bogatym źródłem witamin, błonnika, aminokwasów, kwasów tłuszczowych omega-3, białek… No i można by tak jeszcze wymieniać…

Ważna informacja dla osób dbających o linię – kiełki nie tuczą! Są mniej kaloryczne od "dorosłych" nasion, a przy tym lekkostrawne.

Przyszłe mamy – jeśli jesteście w ciąży lub planujecie ciążę, jedzcie kiełki soczewicy – mają mnóstwo kwasu foliowego, który jest niezbędny podczas kształtowania układu nerwowego dziecka.

Jeśli zdecydujecie się na wyhodowanie kiełków, znajdźcie odpowiednie nasiona i ziarno. Większość tych nasion (np. słonecznika), które możemy kupić w hipermarketach poddawana jest obróbce chemicznej lub naświetlana. Zarodek jest zniszczony, wskutek czego nie nadają się do kiełkowania. Najlepiej szukać torebek z napisem: nasiona na kiełki.

Dzień pierwszy

Co nadaje się do kiełkowania? Ja korzystam z kiełkownicy – to trzy naczynia do kiełkowania ustawiane jedno na drugim. Ale nie jest konieczna. Aha, cena jest rzędu 25-35 zł, więc nie majątek. Równie dobrze można skorzystać ze słoika lub położyć na talerzu gazę i na nią wysypać nasiona.

Zanim jednak to zrobimy, dobrze jest delikatnie przepłukać nasiona, zalać je wodą (mniej więcej dwa razy więcej wody niż wynosi waga kiełków – jednak nie ma co wariować, zalejcie na oko) i odstawić na kilka lub kilkanaście godzin. Niech sobie w spokoju pęcznieją. Ja się dziś zdecydowałam na trzy różne rośliny: rzeżuchę, słonecznik i pszenicę.

 

Moje nasiona są zalane. No i teraz czekam. Jak już będą gotowe do dalszej drogi, dam znać.

7 godzin później…

Nasiona naciągnęły już dobrze wodę, więc przekładam je na kiełkownicę. Nasion nie powinno być zbyt dużo, niech oddychają sobie. Tu jest trochę za dużo rzeżuchy, ale jakoś żal mi było wywalać to, co zostało. No nic, zobaczymy, czy coś z niej będzie.

Nadmiar wody wyciekł sobie do naczynia na dole, więc go wylałam. I zostawiam wszystko do rana. Jutro rano i wieczorem naleję wody w temperaturze pokojowej, a to, co spłynie znowu wyleję.

Jeśli nie macie kiełkownicy, wrzućcie nasiona do słoja, nie dolewajacie wody – ile naciągnęły, tyle powinno wystarczyć. Zbyt duża ilość może spowodować gnicie. Zamknijcie słój. Rano otwórzcie, żeby nasiona sie przewietrzyły, dolejcie wody, byle nie za dużo – powinna bardziej obmyć nasiona niż je zatopić. Jeśli dacie za dużo, wylejcie nadmiar. I wieczorem to samo.

I znowu czekamy – może rano już będzie widać jakiś postęp.

Dzień drugi

Nasiona rzeżuchy popękały i już widać maleńkie kiełki. Przestawiłam naczynie z rzeżuchą na sam wierzch i postawiłam kiełkownicę na parapecie – a niech ma ta rzeżucha dostęp do światła (szybka powtórka z biologii: fotosynteza – sposób odżywiania się roślin, który zachodzi przy udziale światła i chlorofilu zawartego w komórkach roślinnych) i ładnie się zieleni.

Do górnego naczynia nalałam wody, nadmiar ściekał spokojnie do kolejnych naczyń. To, co zostało na samym dole, wylałam. Przykrywka powędrowała z powrotem na górne naczynie i zostawiam to teraz w świętym spokoju do wieczora. Wieczorem następne podlewanie.

 

Dzień trzeci

Nasiona przepłukane. Zobaczmy, co się dzieje w naczyniach. Na pierwszy strzał idzie rzeżucha. Kiełków jest coraz więcej i zdecydowanie od wczoraj urosły.

 

Ale i słonecznik nie daje za wygraną. Kilka kiełków opuściło już swoje bezpieczne kryjówki. Lecz na cóż zda się ta ich odwaga, skoro pierwsze zostaną zjedzone… Ładnie to wygląda. Nic nie gnije, nic nie pleśnieje.

 

Peleton zamyka pszenica. Pszenica wygląda, jakby lekko pleśniała. Nie dajcie się zwieść! Nie ma tu grama pleśni. To włośniki niesfornej rzeżuchy, która spłynęła sobie piętro niżej. Przez włośniki roślina pobiera wodę. Wszystko jest ok!

 

Wieczorem kolejne podlewanie i zobaczymy jutro, jak sytuacja wygląda.

Dzień czwarty

Kolejny dzień, po podlewaniu. Rzeżucha wyszła już zdecydowanie na prowadzenie i zostawiła pozostałych uczestników z tyłu jak Justyna Kowalczyk. Miejscami zaczyna nabierać już nawet koloru.

Uciekinierzy dobrze się zadomowili u pszenicy. Ale w końcu i ona zaczyna wyglądać ze swojej skorupki. Na razie przypomina raczej kleszcza, jednak najważniejsze, że zaczyna się przebijać na zewnątrz.

A słonecznik rośnie sobie spokojnie i dyskretnie. Bez szału, ale też bez tragedii. Byłoby trochę szybciej, gdyby był łuskany. Tyle, że wtedy połowa raczyłaby może wyrosnąć, a z reszty zrobiłaby się zgniła papka. Uzbrajam się w cierpliwość, wieczorem podleję i sprawdzimy jutro, jak tam na froncie.

Dzień piąty

Rzeżucha – jak wspominałam, jest nieco za gęsto, więc radzi sobie średnio. Ale nie jest źle. Z pewną opieszałością podnosi głowę do góry i powinno coś z tego być.

  

Spadochroniarze, którzy utknęli na niższym stopniu, ale dzięki temu mają więcej miejsca, zazielenili się i w zasadzie już dziś można się skusić i zjeść ich ;) Przy okazji rzeżuchy – warto ją przed zjedzeniem przepłukać lub odciąć dolną część – brązowe łupinki między zębami są mało apetyczne. Co prawda nożyczkami najłatwiej się tnie, kiedy cała rzeżucha siedzi w jednym naczyniu i tworzy zwarty las, ale na to trzeba jeszcze poczekać. Moim uciekinierom zostawię jeszcze jeden dzień na cieszenie się towarzystwem pszenicy.

Pszenica wygląda coraz lepiej – choć pewnie wczesną wiosną kiełkowałaby szybciej. Ale to, co przypominało kleszcza, ma teraz dłuższe odnóża i zaczyna wreszcie kojarzyć się z kiełkiem.

Słonecznik dalej trochę nieśmiały. Ale pierwsze kiełki już mają po dwa listki. Jeszcze dzień lub dwa i też ich spróbuję – tu nie trzeba nic odcinać. Skorupki same zjeżdżają z rośliny.

Dzień szósty

Dzisiaj kończę Was męczyć tymi moimi kiełkami :) Sytuacja wygląda lepiej niż wczoraj. Pokażę Wam, jak wyglądają finalne produkty mojej hodowli.

Rzeżucha – tę sztukę udało się wyciągnąć w całości. Jednak tworzy ona zwartą darń, więc najlepiej ciachnąć nożyczkami tyle, ile potrzeba na kanapkę czy do sałatki. Smaczna, ale ma dość ostry zapach.

Słonecznik – moim zdaniem najsmaczniejszy. Bardzo kruchy i nie ma tu problemu ze splątanymi korzeniami. Jak już wyjdzie z łuski, to szybciutko rośnie.

_DSC9245

Pszenica – podobnie jak rzeżuchę najlepiej przyciąć i zjeść to, co się do jedzenia nadaje. Można jeszcze poczekać, aż będzie odrobinę większa, ale niekoniecznie.

Wszystkie te kiełki mają tak około 3,5 cm długości, więc wyrosły od wczoraj na spore rośliny.

I taka uwaga na koniec – po pierwsze siejcie dość rzadko (nie w sensie czasowym, ale raczej miejscowym), żeby było łatwo przepłukiwać codziennie nasiona. Zbyt gęsto wysiane mają konsystencję galarety. A po drugie jeśli stwierdzicie, że już czas zebrać kiełki, raczej zjadajcie je od razu. Wtedy mają najwięcej wartości. Co prawda można na 3-4 dni włożyć do lodówki i nie powinno się im nic stać, ale im świeższe, tym zdrowsze. Zresztą jeśli zdarzy Wam się kupić kiełki w sklepie, zobaczycie, że te kilkudniowe mają nieraz dość zjełczały zapach, a smak niestety dorównuje zapachowi. Tak, że zachęcam do własnych upraw :) Jest świeżo i jest satysfakcja :)

Share Button

Jedna odpowiedź do tej pory.

  1. vip hotel pisze:

    Thank you, I’ve been hunting for details about this subject for ages and yours is the best I’ve discovered so far.

Napisz komentarz